Subskrypcja
Wpisz swój adres e-mail, aby otrzymywać informacje z naszego serwisu.

 


10 lat mniejszości niemieckiej na Górnym Śląsku - Lista mniej obecnych

Najmilej wspominam czasy przed rejestracją. Tamte spotkania z Kohlem, Genscherem – to była uciecha. Nikt się wtedy nie pytał o pieniądze. Wszystko się robiło na własny koszt – wspomina Blasius Hanczuch z Bieńkowic. Był jednym z pierwszych Górnoślązaków, którzy mieli odwagę powiedzieć głośno, że są Niemcami. – Dziś w mniejszości niemieckiej jest coraz więcej kłótni i niezgody. Do władzy garną się ci, co nie są do niej przygotowani. Krytykują każdego, kto coś dla Towarzystwa robi, ale sami nie potrafią ludziom niczego lepszego zaproponować.

Blasius Hanczuch twierdzi, że pierwszym, który publicznie zadeklarował swą niemieckość, był sołtys Rożkowa, Norbert Gajda. Był rok 1982. Sołtys składał kolejny wniosek na wyjazd do Niemiec. Kolejny, załatwiony odmownie. Wtedy powiedział na milicji – Jak nas nie chcecie wypuścić, to dajcie nam, Niemcom prawa w Polsce. Zaczął organizować grupę. Spotykali się po domach, śpiewali, rozmawiali po niemiecku.
- Nie trwało długo, jak Gajda dostał wezwanie na SB. Pobili go do nieprzytomności, trafił do szpitala. Stamtąd uciekł z pomocą znajomej pielęgniarki. Pojechał na skargę do ambasady niemieckiej w Warszawie. Wkrótce dostał zgodę na wyjazd – opowiada Hanczuch. Osoby skupione wokół Gajdy zaczęły spotykać się w Bieńkowicach. – Była nas setka, już w 1982 roku. Spotykaliśmy się regularnie, wydawaliśmy biuletyny, ulotki.
Już wtedy Niemcy z okolicy Bieńkowic złożyli wniosek o zarejestrowanie stowarzyszenia, rok później odwołali się do NSA. W sumie składali wnioski o rejestrację sześć razy. Do skutku: do 15 stycznia 1990.

Paszport od ręki

O bieńkowickiej grupie dowiedzieli się Niemcy z innych okolic. Friedrich Schikora, inżynier z Gliwic, w roku 1986 został wezwany przez SB. – Powiedzieli mi, że działam w tajnej organizacji niemieckiej. Od nich się dowiedziałem, że coś takiego istnieje. Zacząłem szukać i znalazłem. Spotykaliśmy się coraz częściej, zachowywaliśmy się coraz odważniej. Podczas jednego z przesłuchań na SB pytali mnie, czy ja się nie boję. Odpowiedziałem, że nie. Byłem głównym projektantem w firmie. Mój szef zawsze powtarzał, że liczy się dla niego to, co kto potrafi, a nie to, kim jest. Nie przeszkadzało mu, że byłem Niemcem.
W maju 1986 roku górnośląskich Niemców było już około dwustu. Postanowili zorganizować pierwszy kongres w Raciborzu. Mieli przyjechać ludzie z Koźla, Rydułtowy, z Gliwic, Tych.
– Ktoś z Katowic nas wyzdradził – wspomina Hanczuch. Milicja zamknęła wszystkich aktywistów. Ludzie się wystraszyli. Z dwustu „członków” nielegalnego jeszcze Towarzystwa zostało nas wtedy 75. Ludzie wykreślali się z list, a nawet kazali wycinać fragmenty kartek papieru, tak aby nie było można odczytać nazwisk – mówi Schikora.
Mimo gróźb i szykan, górnośląscy Niemcy spotkali się znów za miesiąc w Bieńkowicach. Po dwóch godzinach spotkanie zostało rozpędzone przez milicję, ale liczba członków wzrosła do setki. Kolejne spotkanie odbyło się znów za miesiąc – w Polskiej Cerekwi. – Wtedy znów było nas dwustu. – Fotografowali nas, spisywali nazwiska, potem wzywali pojedynczo – wspomina Hanczuch. Do jednego z naszych, do Zdzieszowic, przyszli do domu i wywieźli go do lasu. Zmusili, żeby opowiadał wszystko, co wie o grupie nielegalnych Niemców z Górnego Śląska. Każdego z nas pytali, czy chce wyjechać. I każdemu od ręki dawali zgodę.
Ze stu osób, które zakładały Towarzystwo, zostało nas dwóch: ja i Fritz Zaczek z Turzy. Ale on też potem pojechał. W najgorszej sytuacji byli ludzie, którzy pracowali na państwowym – mówi Hanczuch. Nie wytrzymywali napięcia. Byli „na czarnej liście” w swoich zakładach. Szykanowani, przesłuchiwani, chcieli mieć wreszcie spokój.

An der Ecke

Był rok 1988, gdy o istnieniu „nielegalnych Niemców” na Górnym Śląsku dowiedział się Richard Urban z Jemielnicy. Postanowił, że zorganizuje podobną grupę u siebie. Na początek zaczął kopiować słowa niemieckich pieśni i domowym sposobem układać je w śpiewniki. Ma jeszcze kilka pamiątkowych egzemplarzy. – W tamtych czasach jedyna kopiarka znajdowała się w Strzelcach Opolskich. Już na drugi dzień u właściciela była SB. Gdy przyszedłem po raz drugi, nie mogłem już skopiować nut. Pojechałem do Opola, tam zrobiłem to bez problemu.
Szybko rozniosło się po okolicy, że w Jemielnicy, w „Ece”, restauracji Urbana, można pośpiewać i porozmawiać po niemiecku. Spotkania odbywały się raz w miesiącu, przychodziło 50-60 ludzi. Urban wspomina tych „pierwszych”, bez których odwagi, uporu, poświęcenia, nie byłoby dzisiaj Towarzystwa Niemców. Padają nazwiska: Hanczuch, Schikora, Slanina, Poope z Raszowej – obaj w Niemczech, Gonska ze Zdzieszowic, Janoschka z Zabrza, zmarły Pieronczyk z Jemielnicy – prawdziwa dusza towarzystwa. Regularnie do „Eki” przyjeżdżali ludzie z Olesna: Bernard Smolarek, Josef Marysiok, z Brynicy Joanna Paschek, z Góry Św. Anny Rosemarie Migas.
- Raz SB przyjechała do naszej gospody. Śledzili grupę Schikory z Gliwic. Wchodzą, rozglądają się, myśleli pewnie, że niemieckie fany będą wisiały. A tu kafej und kuchen, ludzie kulturalnie siedzą i sobie śpiewają. Pooglądali i pojechali – wspomina Urban. – Ci z Gliwic to byli wykształceni ludzie. My, w Jemielnicy – prości. Ale wtedy nikt na to nie zwracał uwagi. Liderem był niewątpliwie Schikora. Umiał wszystko zorganizować, dobrze mówił po niemiecku i po polsku.
Wszyscy się narażaliśmy – wspomina Richard Urban. Jego syn, Norbert, w latach 88/89 działał w niemieckiej organizacji „Schlesische Jugend”. Przewoził przez granicę „nielegalne” broszury, materiały, gazety: do Hanczucha, Schikory. Ulotki chował w mankietach koszuli.
Był łącznikiem pomiędzy pierwszymi, tworzącymi się grupami tanecznymi, śpiewaczymi.
Głośno o Urbanach i o „Ece” zaczęło się mówić po artykule „ Klucz do przedpokoju” w „Trybunie Robotniczej”. Tekst zainteresował studentów z Uniwersytetu Śląskiego, przyjechali do Urbana, żeby zobaczyć prawdziwych polskich Niemców. – To były te milsze wspomnienia. Bywało też niemiło. O tym, że „Urban urządza w Jemielnicy burdy pijackie” dowiedział się wojewoda opolski Dzierżan i sekretarz partii Żabiński. Urządzili w Jemielnicy sesję wyjazdową. – Wtedy nas obronili miejscowi nauczyciele. Jeden z nich, Andrzej Jarzębski, powiedział, że w restauracji panuje wysoka kultura i że Urban nauczył ludzi, że jak się wchodzi do gospody, to trzeba czapki zdejmować. A że śpiewają sobie po niemiecku? Co to komu szkodzi.

Polskich Niemców tysiące

Z tą kulturą to różnie bywało, wspomina Schikora. Prawie wszystkim w tamtych czasach „ktoś” wybijał szyby. Głośny był przypadek w Strzelcach Opolskich, gdy dom Ericha Kaluzy pomazano farbą olejną. Urban dostał z gminy upomnienie, żeby zdjął napis „Post-Zeitungen”, bo napis był niemiecki, więc nielegalny. – Zakleiłam tylko słowo „Zeitungen”, ale po paru dniach plaster się odlepił. Ale już więcej skarg nie było – mówi Rosa, żona Richarda Urbana.
Nadal jest rok 1988. Pierwszym niemieckim politykiem, który przyjechał do Gliwic, żeby zobaczyć polskich Niemców, był sekretarz stanu Karl Dietrich Sprange. Jednak największym przeżyciem tego roku było spotkanie w Warszawie z Hansem Dietrichem Genscherem.
- Miało pojechać od nas 16 osób – wspomina Friedrich Schikora. Jak zwykle, wiedziała o tym zaproszeniu SB. Nikomu, kto pracował „na państwowym”, nie pozwolono pojechać. Mój szef, dotąd tolerancyjny, zabronił mi wzięcia udziału w rozmowach z Genscherem. Musieliśmy w nocy formować grupę takich, co pracowali „na swoim”. Pojechali między innymi „prywaciarze” Hanczuch i Urban.
Po spotkaniu z ministrem Genscherem skończyły się w zasadzie kłopoty ze Służbą Bezpieczeństwa. Teraz do niemieckości ludzie zaczęli się przyznawać lawinowo.
- Na którymś ze spotkań w Warszawie, gdzie często bywaliśmy, attache kulturalny Dobbelstein pokazał nam list od Johanna Krolla z Gogolina, w którym była mowa o zebranych tysiącach podpisów. Śmialiśmy się i nie wierzyliśmy, że to możliwe – wspomina Friedrich Schikora. Do tej pory było nas, działających już od paru lat Niemców, w tym również na Opolszczyźnie, 500 osób i to wydawało nam się dużo. Dobbelstein poprosił nas, byśmy odszukali pana Krolla i sprawdzili, czy to prawda. Do Gogolina pojechał Dziambor – on często jeździł służbowo w okolice Strzelec po ziarno dla kur.
26 października 1988 roku. Dworzec Główny w Gliwicach. Godzina 15.00. Kroll przyjechał. – Poznaliśmy go od razu: starszy pan, z laską, z walizką pod pachą.
Wtedy po raz pierwszy górnośląscy Niemcy usłyszeli o Niemcach z Gogolina.

Z Gogolinem

Dziś tamte czasy tak oto wspomina Erich Schmidt: - Zaczęliśmy się spotykać w 1988 roku. Przychodziliśmy, 7-8 osób do mieszkania Johanna Krolla: Herbert stannek, Karl Sapok, Wilhelm Jelito, Erich Blaut, Egon Radwan. Zaciągaliśmy okna dla ostrożności. Słyszeliśmy, że parę lat wcześniej pobili kogoś ze Zdzieszowic. Ale o tym, co było złe, chcemy zapomnieć.
To już dziś nieważne. Ludzie mieli nas wtedy za głupków, wywrotowców. Nie wierzyli, że się uda. Rok później spotkania w Gogolinie, a właściwie w pobliskim Strzebniowie były już liczniejsze, przyjeżdżało około stu osób. Pojawiała się z wolna inteligencja, ludzie w średnim wieku. – Mówiliśmy wtedy: - inteligenci, inżynierowie są z nami, ale trochę ze strachem – wspomina Richard Urban.
Od października 1988 roku dnia na spotkania górnośląskich Niemców zawsze przyjeżdżał Johann Kroll i jego grupa z Gogolina. – Razem spisywaliśmy kolejnych członków nielegalnej jeszcze organizacji. Razem jeździliśmy do ambasady.
- Johann nas wszystkich zadziwił tymi swoimi podpisami. Miał talent organizatorski, doświadczenie w kierowaniu ludźmi – wspomina z szacunkiem Richard Urban. – Pomogliśmy mu z prawdziwą pasją. W Jemielnicy podpisy zbierał Rajmund Bock i Lipokowa. Ja nie mogłem się aż tak bardzo oficjalnie w tę akcję angażować, bo
przyszło ostrzeżenie z gminy, że mi odbiorą koncesję na prowadzenie restauracji. Razem woziliśmy listy do Zdzieszowic, a potem do ambasady – mówi Urban.
Wtedy nie było jeszcze podziału na Niemców z Gogolina, Gliwic, Olesna... Wszyscy działaliśmy wspólnie, ale z wolna Johann Kroll stawał się naszym liderem. Gogolin był coraz liczniejszy i silniejszy.
Wspólne spotkanie nie były już możliwe. Podział na nieoficjalne struktury wojewódzkie nastąpił po spotkaniu w Oleśnie, 8 września 1989 roku.
- To było pierwsze, największe wspólne spotkanie Niemców na Górnym Śląsku, wspomina Bernard Smolarek, organizator tamtej imprezy. Do restauracji „Ślązak”, dzisiaj „Alexandra”, przyjechało 300 ludzi. Milicja nie interweniowała, jedynie przed restauracją stały ich samochody - dla bezpieczeństwa. U nas w Oleśnie w ogóle nigdy nie mieliśmy kłopotów z milicją – mówi Smolarek. To zasługa komendanta. Dziś zasiadamy wspólnie w radzie powiatu. Komendant ówczesnej milicji zostanie przez oleską mniejszość zaproszony na uroczyste obchody 10-lecia Towarzystwa, które odbędą się latem.

Helmut, unser Kanzler

Ale zanim w mniejszości niemieckiej doszło do podziału, była jeszcze jedna, zwrotna data w historii nie tylko „polskich Niemców”. Był 12 czerwca 1989. Krzyżowa. Miejsce, gdzie w braterskim geście pojednania łączą się Kohl i Mazowiecki. Na uroczystość przyjechało 50 autobusów Niemców z Górnego Śląska, z samej Jemielnicy aż dwa.
W tym dniu kamery i fotoreporterzy z całej Europy kierują swe obiektywy także na „polskich Niemców”. I na kontrowersyjny transparent: „Helmut, Du bist auch unser Kanzler”. – Pan Zbyszek ze szkoły mi go napisał, a Alfons sprawdził, czy nie ma błędów – mówi Richard Urban. Transparent trzymał Armin – syn Urbana i Waldek Dembończyk z Gąsiorowic. U jednych śmiały gest Niemców z Jemielnicy wzbudził podziw, u innych konsternację. Rudi Urban wręczył kwiaty Kohlowi, a Dominika Swaczyna – Mazowieckiemu. Dzień później górnośląscy Niemcy pojechali do Warszawy na oficjalne spotkanie z Kohlem, które załatwił Schikora. Zaproszono 12 osób – Richard Urban pokazuje pamiątkowe zdjęcie. Sam Kohl załatwił fotografa. Są na zdjęciu oprócz Urbana: Christine Janoschka z Zabrza, Paul Kapica i Friedrich Petrach z Wrocławia, Huptas u Hanczuch z Raciborza, Schikora z Gliwic, Bernard Dziambor z Rudy Śląskiej, Emil Kupka z Żyrowej, Herbert Stannek, Johann i Heinrich Krollowie z Gogolina. Helmut Kohl i Ferdinand von Bismarck.
Richard Urban przechowuje głęboko w sercu jeszcze dwie czerwcowe daty. Ta wcześniejsza: 4 czerwca 1989 to pierwsza msza „w języku serca” na Annabergu. – Był pełniuśki kościół. Jak my zaśpiewali „Sankt Anna”, a 17-letni Ferdinand Graca z Jemielnicy powiedział wiersz po niemiecku, to wszyscy płakali ze wzruszenia – opowiada Urban.
I druga data: 25 czerwca. Do Jemielnicy, do „Eki” przyjechała 30-osobowa delegacja parlamentarzystów niemieckich, członków Parlamentu Europejskiego w Strassburgu. Wizyta polityków to zasługa Norberta Urbana i jego przyjaciółki z Bonn, obecnie żony Almut. – Stoję w sieni i ich witam. Nagle rękę mi podaje graf Ludwig von Staufenberg. Syn człowieka, który zorganizował zamach na Hitlera przyjechał do mojej gospody – wspomina ze wzruszeniem Richard Urban. - Jak im zaśpiewaliśmy „Schlesierland, mein Heimatland” okazało się, że aż dziesięciu z nich pochodzi ze Śląska.

W rejestrze


Potem był rok 1990. Niemców na Górnym Śląsku „przybywało” lawinowo. Na samej tylko liście gogolińskiej widnieje liczba 128 tysięcy. Ta liczba musiała przekonać. Od 1990 roku Towarzystwa Mniejszości Niemieckiej rejestrują się w kolejnych wojewódzytwach i działają legalnie. Czasami to ich działanie wzbudza emocje, czasami się ich chwali albo gani za kontrowersyjne pomysły. Ale są i będą: żyli, tworzyli, współgospodarzyli.
A ludzie, którzy zaczynali? Jedni są w tak zwanych strukturach nadal, inni się wycofują, jak to mówią, z „wielkiej polityki”. Powody bywają różne. Niewielu chce o tym mówić.
Richard Urban odszedł ze struktur Towarzystwa, gdy odkrył, że to nie jest już miejsce dla ludzi „zwyczajnych”: - To było w dniu, gdy do Opola przyjechała Rita Süssmuth – wspomina. Zaprosili nas do hotelu „Opole” i tak usadzili, że każdy miał naprzeciwko partnera z Niemiec. „Mój” był profesorem. Daje mi wizytówkę i prosi o moją. A ja nigdy nie miałem wizytówek, byłem tylko zwyczajnym właścicielem gospody. Wtedy zrozumiałem, że odtąd zacznie się coraz wyżej i wyżej. I że to już nie dla takich jak ja...

Teresa Kudyba

Aktualności

Reportaże i filmy dokumentalne
Zapraszamy do prezentacji najnowszych pozycji filmowych.



Więcej informacji >>


 

 
Teresa Kudyba
tel. 602 374 494
e-mail: teresa@kudyba.pl
Witryna wykorzystuje ciasteczka (ang. cookies) w celach sesyjnych oraz statystycznych.
Więcej informacji w polityce prywatności.
 Realizacja: new4mat.com Sp. z o.o.
ADMINISTRACJA n4CMS