Subskrypcja
Wpisz swój adres e-mail, aby otrzymywać informacje z naszego serwisu.

 


Z fabryką w plecaku

Jego buty noszą gwiazdy światowej mody, słynni aktorzy, władcy, politycy... i mieszkańcy Strzelec Opolskich.

Nigdy o nim nie słyszałem – mówią jeden za drugim przechodnie na strzeleckim rynku, tuż obok miejsca, gdzie urodził się najsłynniejszy producent butów w Europie.
- Gabor? Nie znam. Fabryka obuwia, 30 pracowników i sklep? Gdyby tu coś tak dużego było przed wojną, wiedziałbym o tym na pewno – przekonuje nauczyciel historii z miejscowej szkoły.
Młodzi to nie znają historii, bo i skąd. Przypominam sobie wyraźnie ten sklep. Nazywał się „Pius Gabor”. Raz w nim byłem, gdy mama kupowała mi buty do pierwszej komunii. Ale o przedwojennej fabryce nic mi nie wiadomo – mówi Alfons Schnura ze stowarzyszenia Ziemia Strzelecka.
- Gabory tu nawet przyjeżdżają - dodaje Erich Kaluza z ulicy Kozielskiej, który jako jeden z nielicznych mieszkańców Strzelec zna słynną markę i słyszał, że od lat przychodzą z Niemiec paczki dla rodzin byłych pracowników rodzinnego zakładu.
Byłam ich nianią. Hans miał wtedy 16 lat, Hubert 13, Achim 10, Georg 8. W jakim wieku był Bernhard – nie pamiętam – mówi pani Anna.
- Georg przyjechał w ubiegłym roku z synem, żeby mu pokazać rodzinne strony, spał na plebanii. Może któryś z braci był w Strzelcach wcześniej – tego nie wiem. Słyszałam, że Gaborowie zawsze kontaktowali się z naszym nieżyjącym już proboszczem, ks. Stellmannem, od niego dostali nasze adresy. Georg bardzo się interesuje historią rodziny. Tego lata przywiózł do Strzelec Achima z żoną i synem. Widziałam go pierwszy raz od wojny. Tym razem zatrzymali się we Wrocławiu, bo podobno otwierali jakiś duży sklep.
Pani Anna potwierdza, że Joachim Gabor od lat 80-tych, od kryzysu, przysyła byłym pracownikom swego ojca paczki, dwa razy w roku, „pod choinkę” i na Wielkanoc. – Pomaga ludziom, których w ogóle nie zna. Niektórzy już poumierali, a paczki dalej przychodzą, dla wdów, dzieci, rodzin. Kawa, ciasto, wszystko ekskluzywnie zapakowane. Kiedyś przychodziły przez „Pewex”, a teraz kurierem. No i buty. Któregoś dnia osobiście zadzwonił, i spytał, jakie nosimy numery. I przysłał – pani Anna pokazuje kilka par – aż szkoda nosić. To są bardzo drogie buty, skóra jak rękawiczka.
Byłam wzruszona ich wizytą. Tacy sławni i bogaci ludzie, a tacy prości. Tak samo, jak ich rodzice, Lucy i Pius... Poczęstowałam ich obiadem i choć mieli mało czasu, zjedli z nami, tu w tym pokoju. Wszystko pamiętają: że smakowały im makówki i buchty, że ich zabierałam do lasu na jagody. Nie chcieli sami zbierać, tylko wyjadali mi z konewki. I pamiętają, jak rozrabiali, gdy rodzice wychodzili wieczorem do kina. – Najbardziej lubili wtedy rzucać w siebie cukierkami. Gubili je po całym domu, a potem żartowali, że niania zjadła...
W roku 1945, gdy Joachim miał 16 lat, rodziców Piusa i Lucy zastrzelili „wyzwalający” miasto Rosjanie, spalili dom rodzinny i sklep. – Słyszałam opowieści, że dzieci się błąkały głodne po mieście, a że krewnych w Strzelcach nie miały, więc nikt im nie pomógł. Jak im się udało przeżyć, wyjechać – tego nie wiem – wspomina pani Anna. Tu się rozgrywały takie sceny, że nikt nie był w stanie dojść prawdy. A po wojnie zapadło milczenie. Pani Anna nigdy nie miała odwagi sama spytać, a w ogóle, to nie jest pewna, czy Gabor chciałby o tej tragedii mówić, po czym podaje mi telefon prywatny „do Achima”.
Odpowiedzi na niewyjaśnione w Strzelcach pytania dostaję mailem, a pocztą nadchodzi komplet informacji, zdjęcia, foldery firmy Gabor Shoes.
Okazuje się, że rodzice, przeczuwając nadchodzące nieszczęście, wysłali synów do ciotki w Saalfeld, w Turyngii. Następnego dnia oboje już nie żyli. 16-letni Joachim został zabrany przez wojsko do kopania rowów obronnych i trafił do niewoli. Hans nie wrócił spod Stalingradu, losu dwóch pozostałych braci wtedy jeszcze nie znał. Z Turyngii Joachim uciekł przez Berlin do Rostocku, gdzie na pierwszą kromkę chleba zaczął zarabiać jako pomocnik w mleczarni. Gdy dowiedział się, że brat Bernhard wydostał się niewoli, wrócił do Saalfeld.
Ze starych opon samochodowych powstają pantofle, które bracia Gaborowie szyją własnymi rękami, rozwijając swą pierwszą małą fabryczkę. Sytuacja gospodarczo-polityczna w enerdowskiej Turyngii zmusza ich do wyjazdu. W roku 1949 rozbierają maszyny szewskie na najdrobniejsze części i przenoszą je w plecakach do Niemiec Zachodnich. Przekraczają granicę nocą, 36 razy. Większe elementy za paczkę papierosów przewożą w furmankach przygraniczni rolnicy.
But dla każdego, czyli „Jedermann-Schuh” to pierwszy pomysł na sukces młodych Gaborów na Zachodzie. Rozpoczynają produkcję w wynajętej fabryce w Barmstedt pod Hamburgiem, zatrudniając na początku 14 osób. Joachim rozwozi codziennie świeży towar w walizce na rowerze. Sprzedaje buty za pieniądze albo za kawałek kiełbasy, wymienia na skórę.
W roku 1952 bracia budują własną fabrykę, powiększają asortyment, kupują nowoczesne maszyny. Za buty marki „California” handlarze zaczynają ustawiać się w kolejkach i wpłacać zaliczki. Gaborowie jako pierwsi w Niemczech zaczęli przyklejać podeszwy do cholew, zamiast je zszywać, co rewolucjonizuje przemysł obuwniczy Europy. Gdy w roku 1966 Bernhard ginie tragicznie w wypadku samochodowym, firmę przejmuje Joachim Gabor, przenosi jej siedzibę do Rosenheim pod Monachium. Razem z maszynami, przeprowadza 60 pracowniczych rodzin.
W latach 60-tych wszyscy chodzą w butach „od Gabora”: Beatlesi, Marylin Monroe, Marlon Brando, Joan Collins...
W jego „Balerinas” cała Europa tańczy rock and rolla, Audrey Hepburn gra w „Śniadaniu u Tiffaniego”, a kolejne wzory szpilek z kokardkami i stalowymi końcówkami, w których najsłynniejsze modelki świata wychodzą na wybieg, stają się natychmiast obowiązującym hitem sezonu.
Dziś, w sześciu fabrykach Gabora w Niemczech, Austrii, Portugalii i Słowacji,
pracuje 4100 pracowników, wytwarza się 35 tysięcy butów dziennie, 6,8 miliona rocznie.
W Polsce ekskluzywna marka nie jest znana „masowo”. Polki przywoziły je dotąd z berlińskiego KaDeWe czy od „Leisera”. Dopiero od sierpnia pierwszy polski sklep Gabora jest obecny we wrocławskiej Galerii Dominikańskiej.
Tak, wiem, że szef pochodzi ze Strzelec Opolskich. Był razem z synem na otwarciu Galerii 17 sierpnia i pokazywał nam zdjęcie rodzinnego sklepu w przedwojennym Gross Strehlitz – mówi ekspedientka. Fotografia pochodzi z roku 1929, a przedstawia wejście do sklepu i trzy kobiety. To samo zdjęcie, zapakowane w folię, wyjmuje z koperty niania Gaborów. Niania jest dumna, że w Strzelcach Opolskich chyba tylko ona jedna je posiada. – Ma pani oryginał, bo wersję elektroniczną tego samego zdjęcia może mieć w Strzelcach każdy - jest na stronie internetowej Gabora - mówię.
Jeśli to prawda, że tak wielki człowiek pochodzi ze Strzelec, zrobimy wszystko, aby zechciał przyjąć nasze zaproszenie, bo to bardzo smutne, gdy miasto nie pielęgnuje swej historii - mówi starosta strzelecki Gerhart Mateja.
- Gabor? No jasne, że znam to nazwisko – odpowiada burmistrz Krzysztof Fabianowski. Kiedyś razem z prof. Bartodziejem chcieliśmy się z nim skontaktować, jakieś 6 lat temu, ale wie pani, jak ludzie reagowali na historię o tej ziemi. Jacy ludzie? Nasi - wpływowi. Nie było klimatu. I nadal nie ma. Wokół bezrobocie, wszyscy narzekają, że nie mają pracy, ale niemieckiego kapitalisty, a jeszcze w dodatku stąd, to oni niechętnie chcą widzieć. To taki polski kompleks. A nawiasem mówiąc, podobno twórca logo firmy Schwarzkopf też był ze Strzelec.
Mnie to nie dziwi, że ludzie nic nie wiedzą. Na Śląsku nadal nie wolno wiedzieć, że z naszych miast, z każdego po kolei, pochodzą wybitni Niemcy – mówi profesor Gerhard Bartodziej. Gdy jeszcze byłem senatorem i zanim jeszcze chcieliśmy wraz z burmistrzem nawiązać kontakty z Gaborem, przyjechał do mnie stary Deichmann - wie pani - ten największy producent butów na świecie, dziś jego sklep jest też w opolskim realu. Tu u mnie siedział w ogrodzie, zrobiłem grilla. Pokazałem mu fabryki w Otmęcie i Prudniku, już wtedy plajtowały. Deichmann chciał na Opolszczyźnie znaleźć dostawców taniego obuwia do swojej sieci. Ale gdzież tam... Szefowie tych zakładów chyba nawet nie pojęli, kto do nich przyjechał. Nie podchwycili tematu, nie odezwali się. A potem, gdy już przestałem być senatorem, utraciłem legitymację do zajmowania się tak strategicznymi działaniami na Opolszczyźnie.
Ale co do Gaborów – Bartodziej wraca do właściwego tematu rozmowy - ich rodzinna fabryka to dzisiejszy zakład obuwniczy na terenie strzeleckiego więzienia. A sklep – stał w rynku, obok Banku Zachodniego. W tym miejscu, gdzie po wojnie była „Uroda”, teraz sprzedaje się dżinsy. Dostałem jego prywatny telefon od kogoś z Landsmannschaftu, w końcu nie zadzwoniłem. Jakoś trudno Gabora zapraszać do kryminału...
Pani Anna też się nie dziwi, że Gabor do Strzelec Opolskich nigdy nie przyjechał „oficjalnie”. – To bardzo skromny człowiek. Nie chce, żeby go honorować.
I na pewno smutno mu patrzeć na miejsca, gdzie stał dom, sklep, gdzie się bawił, dziś zupełnie inne i obce.
Wie pani, spóźniliśmy się z tą historią o jakieś 20 lat. Kiedyś nie było wolno mówić o sławnych Niemcach, a dziś nikt ich nie pamięta. Znałem kilka osób, które pracowały u Piusa Gabora, ale oni już umarli. Gabor, Biskup, Janda – to są takie trzy rody największych strzeleckich przedsiębiorców sprzed wojny – mówi Alfons Schnura.
- Spotkałem parę dni temu na cmentarzu kobietę, która porządkowała grób Biskupów, ich sklep stał obok sklepu Piusa. Ona też nic nie wie, jak się potoczyły losy małych Gaborów.
Alfons Schnura dodaje, że 1 listopada odsłonięty zostanie na strzeleckim cmentarzu pomnik z tablicą w trzech językach z napisem: „W hołdzie ofiarom wojen XX wieku”. – Odkąd założyliśmy stowarzyszenie Ziemia Strzelecka, a działa w nim 70 osób, zaczęliśmy przywracać pamięć Redernów, Colonnów, postawiliśmy pomnik Renardom, których mauzoleum w parku zostało zburzone w latach 70-tych. Niedługo spotkam się z przedstawicielem ostatnich właścicieli zamku, z rodu Castell-Castell i zaproszę do Strzelec. Zaczęliśmy pisać prawdziwą historię naszego miasta. Teraz doszedł jeszcze Gabor.

Teresa Kudyba

Aktualności

Reportaże i filmy dokumentalne
Zapraszamy do prezentacji najnowszych pozycji filmowych.



Więcej informacji >>


 

 
Teresa Kudyba
tel. 602 374 494
e-mail: teresa@kudyba.pl
Witryna wykorzystuje ciasteczka (ang. cookies) w celach sesyjnych oraz statystycznych.
Więcej informacji w polityce prywatności.
 Realizacja: new4mat.com Sp. z o.o.
ADMINISTRACJA n4CMS