Subskrypcja
Wpisz swój adres e-mail, aby otrzymywać informacje z naszego serwisu.

 


Niemcy na Śląsku Opolskim - Szlaban na pomoście

10 lat temu, 16. lutego 1990 roku wraz z wpisaniem Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Mniejszości Niemieckiej do sądowego rejestru w życiu społecznym, kulturalnym i politycznym Opolszczyzny „pojawili się” Niemcy.
W połowie lat 90-tych TSKN w Gogolinie miało już wszystko: liczebność, struktury, poparcie po obu stronach granicy, priorytety z racji bycia mniejszością narodową, fotele w parlamencie, czerwone paszporty i ogromną ilość pieniędzy. Wystarczyło tylko tworzyć dobre projekty i je konsekwentnie realizować. Gdyby mniejszość niemiecka wykorzystała te szanse, dziś jej 10-lecie przebiegałoby całkiem inaczej.

Przyznanie się do niemieckich korzeni nie było łatwe w regionie, gdzie w szkole, na ulicy, w gazecie, w podejrzliwym spojrzeniu sąsiada długo jeszcze górę brała wczorajsza propaganda, stereotyp hanysa-hitlerowca, pogarda i nienawiść do wszystkiego co niemieckie. Opolscy Niemcy wiedzieli, że aby pokonać budowane przez 50 lat psychologiczne, społeczne i kulturowe barykady muszą stanowić jedność, potęgę liczebną, działać razem z Niemcami z innych województw, pozyskać charyzmatycznych przywódców, inteligencję, młodzież, poparcie zwycięskiej Solidarności, pozostałych mniejszości narodowych w Polsce oraz miejscowego duchowieństwa. To ostatnie – błogosławieństwo Kościoła – było dla tworzącej się mniejszości mało może dziś dostrzeganym, ale jednym z najważniejszych wówczas warunków powodzenia podejmowanych przez mniejszość akcji. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że bez tego poparcia nie byłoby mszy w języku serca, nie byłoby akcji odbudowy pomników ofiar wojen światowych ani wydarzeń kościelno-kulturalnych na Annabergu, miejscu przypisanym w komunistycznej propagandzie tylko powstańcom i harcerzom.
Zacząć trzeba było od języka. Nie było książek, nauczycieli, a przede wszystkim klimatu. Szkoły broniły się przed atakami miejscowych „germanizatorów”, którzy postulowali wprowadzenie języka niemieckiego do szkół i przedszkoli. Szczególnie agresywnie na mniejszość niemiecką reagowali na początku lat 90-tych dyrektorzy, nauczyciele języka polskiego i historii. Robili wszystko, aby przeszkodzić miejscowym Niemcom w procesie „germanizacji” Opolszczyzny. Dlatego pierwsze kursy niemieckiego, które organizowano dla członków DFK, nie odbywały się prawie nigdy w szkołach, ale w remizach strażackich i gospodach. Tak samo było z kulturą. Dla niej też nie było miejsca w lokalnych placówkach oświatowych i domach kultury.
Najbardziej istotnym przełomem w polityce edukacyjnej na Opolszczyźnie było przystąpienie opolskiego kuratorium oświaty oraz wojewódzkiego ośrodka metodycznego do realizacji pierwszego i bodaj do tej pory najbardziej udanego i sensownego projektu oświatowego „Niwki”. Bez tego odważnego pomysłu niemieckich i polskich decydentów edukacja mniejszościowa na Opolszczyźnie, blokowana przez armię oświatowych „patriotów”, okupujących wiejskie szkoły i gminne urzędy nie miałaby jeszcze długo najmniejszych szans.
Kurs, prowadzony przez wybitnych metodyków niemieckich dawał polskim nauczycielom nie tylko wymagane certyfikaty, ale zmieniał diametralnie ich podejście do niemieckiej kultury, historii, mentalności. Projekt Niwki to prawdziwy kamień milowy w procesie postrzegania mniejszości niemieckiej na Opolszczyźnie, którego znaczenie zdaje się mało kto z dzisiejszych liderów mniejszości potrafi docenić.

Kultura z MSZ, dobrobyt z MSW
Jednocześnie z nauką języka na Opolszczyźnie formowały się pierwsze zespoły taneczne, chóry, orkiestry. Nikt nie miał pojęcia, jak nimi kierować, nie było odpowiedniej literatury, kadry, pomieszczeń, pieniędzy. Wszyscy pracowali więc społecznie, z entuzjazmem i poczuciem kulturowej misji. Pomocą lokalnym DFK służyli działacze Związku Wypędzonych. Nawiązywano kontakty z niemieckimi grupami BdV, organizowano wyjazdy na wspólne „Schlesiertreffen”.
Działacze mniejszości z każdego wyjazdu do Niemiec przywozili nie tylko nowe opisy tańców ludowych i nuty dla miejscowego chóru, ale także książki, w których zapisana była historia Śląska sprzed 45 roku. Średnio wykształcony obywatel Opolszczyzny znał wtedy historię tylko taką, jaką wyniósł z komunistycznej szkoły; wiedział mniej więcej, że najpierw byli Piastowie, po nich sześćset lat germanizacji i ucisku, potem Oświęcim i wyzwolenie.
Luka w edukacji i kulturze, która hamowała stosunki nie tylko między mniejszością a większością, ale także między Polską a Niemcami, była na początku lat 90-tych olbrzymia. Aby ją wypełnić, potrzebne były pieniądze.
Z pomocą przyszło niemieckie MSZ, a także polskie ministerstwo kultury i sztuki. Opolscy Niemcy otrzymali z tych źródeł w ciągu minionych lat dziesiątki milionów marek, które mieli przeznaczać na pielęgnację niemieckiej kultury i rozwój oświaty.
Za te pieniądze stworzyli swoją gazetę, własny magazyn telewizyjny, audycje radiowe, zakupili stroje i sprzęt muzyczny dla zespołów i chórów.
Szkoły, gdzie język niemiecki wykładany jest jako ojczysty otrzymały nauczyciela z Niemiec, wyposażenie audiowizualne, kserokopiarki. Studenci deklarujący przynależność do mniejszości dostawali stypendia, dzieci, młodzież, nauczyciele wyjeżdżali na kursy językowe.
Z wolna, drugim torem, z puli niemieckiego MSW płynąć zaczęły miliony marek na poprawę infrastruktury komunalnej, na pomoc dla średnich i małych przedsiębiorstw. Po to w głównej mierze, aby zahamować emigrację i stworzyć możliwości startu zawodowego w rodzinnych stronach.
W latach 1990-99 niemieckie MSW udzieliło mniejszości niemieckiej w Polsce pomocy w wysokości 210 mln marek, z czego najwięcej trafiało na Opolszczyznę. Za pieniądze niemieckiego MSW mniejszość m. in. budowała domy spotkań, finansowała wodociągi, kanalizację, udzielała nisko oprocentowanych kredytów młodym przedsiębiorcom. Tym samym krok po kroku umacniała swoją władzę polityczną. Jako partner, dzięki któremu Opolszczyzna staje się bogatsza i piękniejsza, mniejszość niemiecka zyskiwała sobie poparcie władz wojewódzkich, mieszkańców regionu, coraz lepszą prasę, aprobatę w stolicy, a jej liderzy wygrywali kolejne wybory parlamentarne i komunalne. Z roku na rok opolscy Polacy i Niemcy coraz bardziej się do siebie zbliżali, akceptowali. Dziś współrządzą Opolszczyzną w gminach, powiatach, w województwie. Ojcem sukcesu nazywa siebie TSKN w Gogolinie, bo właśnie ono, jako utrwalony w świadomości ogółu darczyńca regionu i centrala polityczna mniejszości typowało kandydatów na burmistrzów, wójtów, radnych oraz przeprowadzało i finansowało kampanie wyborcze.

Partia MN

Dziś Towarzystwo spełnia wszystkie wymogi partii politycznej, gdyż ma na Opolszczyźnie ogromną część władzy samorządowej i silnie wpływa na bieg wydarzeń politycznych w regionie. Z wypowiedzi przywódców TSKN wynika, że głównym celem organizacji jest przejęcie jak największej części władzy i obsadzenie swoimi ludźmi jak największej liczby stanowisk. Wiadomo, że do realizacji celów politycznych potrzebne są duże pieniądze. Jedynym ich realnym źródłem jest Fundacja Rozwoju Śląska, która w ostatnim okresie uległa silnemu upolitycznieniu, a obsada rady i zarządu fundacji znajduje się w rękach działaczy z Gogolina..
Pieniądze, które przez nią przechodzą, są z jednej strony źródłem rozwoju regionu, a z drugiej kością niezgody i powodem narastającego rozłamu w środowisku samej mniejszości, a także w kontaktach między mniejszością a urzędnikami niemieckiego MSW.
To z powodu sporów o podział środków fundacji wyrzucono z funkcji przewodniczącego VdG prof. Bartodzieja.
Fundacja dysponuje co rok większym kapitałem, na który składają się doroczna dotacja z MSW i środki zwrotne, pochodzące od dotacji udzielonych w latach poprzednich i odsetkami od lokat kapitałowych.
W tym roku Fundacja będzie dysponowała prawie 28 mln marek z budżetu niemieckiego MSW.
Tak naprawdę, w szeregach mniejszości zaczęło się dziać źle od jesieni roku 1997, co też znalazło wyraźne odbicie w przegranych wyborach parlamentarnych. Wtedy po raz pierwszy stało się jasne, że ekipa posła Krolla manipuluje kampanią wyborczą. Nierówny czas antenowy, nierówne szanse na liście wyborczej, niezadowolenie społeczności z niespełnionych jak dotąd obietnic spowodowało, iż w roku 1997 z Towarzystwa zaczęła się wycofywać inteligencja, młodzież, działacze polityczni i kulturalni. Nowych członków w TSKN nie przybywało. Zaczęła się tworzyć niewyczuwalna jeszcze na zewnątrz przepaść między ilością Ślązaków niemieckiego pochodzenia a ilością członków TSKN w Gogolinie – nowej partii politycznej na arenie tworzącej się demokracji samorządowej, mającej do swej dyspozycji olbrzymie środki finansowe, które otwierały i nadal otwierają bramy do kariery posłusznych urzędników aparatu mniejszościowej władzy. Aby zrozumieć istotę manipulacji gogolińskiej ekipy, trzeba zapytać o rzecz podstawową, o ilość jej rzeczywistych członków.
Cyfry podawano zawsze z kapelusza. W relacjach prasowych, statystycznych spisach i w powszechnej świadomości przeciętnego mieszkańca regionu od początku figuruje liczba 180 tysięcy.
Tylu członków TSKN na Opolszczyźnie nigdy nie miało. Liczba wzięła się z symulacji. Według dostarczonych przez poszczególne zarządy wojewódzkie spisów członków TSKN opłacających składki wynikało, iż Niemców w Polsce jest około 300 tysięcy. Tak więc, aby Gogolin mógł przejąć „demokratycznie” władzę w VdG i przez to absolutną kontrolę nad milionami niemieckich marek, nad obsadą kluczowych stanowisk w Towarzystwie i dobudowanych organizacjach oświatowych, charytatywnych, kulturalnych, gospodarczych, a tym samym przejąć kontrolę nad polityką samorządową i regionalną, należałoby mieć swoich Niemców na Opolszczyźnie nieco ponad połowę. Magiczna liczba 180 tysięcy została wymyślona kolektywnie, utrwalona na papierze i w świadomości, zaakceptowana w VdG przy biernej postawie pozostałych przedstawicieli zarządów wojewódzkich Niemców w Polsce. Tym samym oddali oni absolutną władzę TSKN w Gogolinie.
Magiczna liczba 180 tysięcy jest najważniejszym kluczem do zrozumienia udanej kampanii samorządowej, „demokracji” uprawianej w strukturach TSKN przez liderów z Gogolina, źródłem poczucia bezkarności, potęgi a zarazem, choć zabrzmi to paradoksalnie, liczba ta jest jednocześnie największą blokadą, uniemożliwiającą rozwój społeczeństwa Niemców na Śląsku Opolskim.
Demokratycznie i arytmetycznie TSKN w Gogolinie może przegłosować dosłownie wszystko i wszystkich: gdzie zbudować miejsce spotkań, halę sportową, kogo uczynić starostą, a kogo wyrzucić ze stanowiska. Demokracja wychodzi ekipie posła Krolla tym łatwiej, że na wszystkich kluczowych stanowiskach w poszczególnych organizacjach mniejszości zasiadają jednocześnie te same osoby.
Od początku było jasne, że płynąca z kieszeni niemieckiego podatnika na Śląsk „pomoc dla samopomocy” jest czasowa, że kiedyś mniejszość niemiecka musi stanąć na własnych nogach. Kiedy nastąpić miał kres finansowania Niemców w Polsce, nigdy nie ustalono. Nie ustalono też, kto będzie ostatecznie odpowiedzialny za celowość i poziom realizowanych za niemieckie pieniądze projektów. O ile środki z puli MSW są pod ścisłą kontrolą niemieckich doradców, o tyle bardzo poważne wątpliwości budzi celowość wydatkowania pieniędzy niemieckiego podatnika, płynących na Opolszczyznę z przeznaczeniem na rozwój kultury i mediów mniejszości niemieckiej z puli MSZ poprzez Instytut Współpracy z Zagranicą w Stuttgarcie (ifa).
Od samego początku realizowania tejże pomocy brakowało jakichkolwiek wspólnych debat merytorycznych, planowania, ustalania priorytetów, konkursów ofert, rozliczeń. Zamiast promowania regionalnych talentów, konkursu ofert kulturalnych, wspierania najciekawszych projektów, szkoleń menagerów kultury, finansowano folklor, festyny, sprowadzano niemieckich doradców, drugorzędne zespoły i teatrzyki. W efekcie takiej pomocy mniejszość niemiecka znajduje się dziś w punkcie wyjścia.
Brak szczerego zainteresowania rozwojem kulturalnym społeczności niemieckiej ze strony ifa doprowadził do zlikwidowania wzorcowego projektu, jakim był magazyn telewizyjny Schlesien-Journal, emitowany od sześciu lat na antenie TV-Katowice. Niemieckie MSZ zamiast wyjaśnić i uzdrowić paraliżujący wzajemne stosunki konflikt, po prostu odebrało mniejszości dotacje oraz wyposażenie studia telewizyjnego.

W pociągu do Europy
Po 10 latach walki o własny język, kulturę, media, okazuje się, że mniejszość niemiecka nie czyta własnej gazety, traci własny program telewizyjny, pozwala aby w planowaniu i realizacji projektów kulturalnych i medialnych wyręczali ją „kulturträgerzy” z głębi Niemiec, asystenci ifa.
Największa mniejszość narodowa w Polsce nie wystawia dzieł własnych twórców, literatów, publicystów, wydawnictw, nie prezentuje filmów. Zamiast promować swoją rodzimą inteligencję, mniejszość powierza realizację projektów kulturalnych niedoświadczonym, nie rozumiejącym specyfiki śląskiej niemieckim asystentom.
Pusty scenariusz kulturalny obchodów 10-lecia jest klęską Towarzystwa. Sygnalizuje, że tak naprawdę mniejszość być może płaci jakieś symboliczne składki, ale właściwie nie działa. Książki o niemieckich zabytkach, o wybitnych Ślązakach, leżą w opolskich księgarniach, piszą je zafascynowani przeszłością swojej nowej ojczyzny Polacy, potomkowie repatriantów zza Buga, filmy o Śląsku kręcą autorzy z Warszawy, Wrocławia, Berlina. Są też albumy, dyskusje, odczyty, ale bynajmniej nie autorstwa gogolińskich Niemców.
Zadania, jakie kiedyś stawiało sobie Towarzystwo, przejął i realizuje pod okiem wykształconych projekt-menagerów Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej i Centrum Europejskie w Gliwicach. Dom skupia młodzież i inteligencję polską i tę pochodzenia niemieckiego, dla której nie ma miejsca w sklerotycznych, upolitycznionych strukturach TSKN. Oferuje jej kursy, seminaria, podróże studyjne, animuje młodych publicystów, twórców, polityków.
Bowiem dziś, gdy tworzy się Europa regionów, mniejszości na Opolszczyźnie niepotrzebna jest partia MN, rozbudowane struktury DFK, biura i puste domy spotkań. Dziś, w procesie opracowywania strategii rozwoju gmin nie liczy się ilość członków i delegatów DFK tylko umiejętnie i celowo rozpisany projekt, znajomość niemieckiego, angielskiego, komputera i dobry pomysł.
Przeglądy folklorystycznych zespołów tanecznych i orkiestr dętych nie tworzą rdzenia kultury niemieckiej. Domy spotkań nie przyciągną armii nowych członków wywieszoną na dachu anteną satelitarną ani imprezami w stylu kafej und kuchen.
Kanalizacja, wodociągi i kredyty nie zmniejszą ilości robotników-dwupaszportowców, którzy budują Niemcom nowy Berlin. Bez znajomości języka, bez dobrego wykształcenia, młodzi Niemcy ze Śląska są za granicą jedynie najtańszą siłą roboczą, eksploatowaną, wykorzystywaną i oszukiwaną.
Mniejszości zamiast asystentów kulturalnych ifa potrzeba własnych wykształconych menagerów, dobrych projektów edukacyjnych i kulturalnych, odważnych i mądrych polityków samorządowych, otwartych na Polskę i Europę.
Na razie zamiast pomostu, którym mniejszość mogłaby być dla Polaków w drodze do Europy, społeczność ta buduje dla siebie szlaban, którym oddziela się od ludzi, z którymi zaczynała 10 lat temu start w epokę demokracji, wolności poglądów, równości wobec prawa. Pozbywając się ze swych szeregów ludzi wykształconych, inaczej myślących, nie daje samej sobie szans dalszego rozwoju. Zraża do siebie Polaków i Niemców, budzi pożałowanie i niesmak.
Szlaban zamiast pomostu to misternie zmajstrowany aparat partyjny TSKN, które ze szczytnego i silnego ruchu społeczno-kulturalnego sprzed 10 lat zamieniło się w zwalczających siebie nawzajem towarzystwo kombatantów niemieckich na Śląsku Opolskim; w towarzystwo, w którym przestaje się dostrzegać wiarygodnego partnera i po tej i po tamtej stronie granicy.

Teresa Kudyba

Autorka jest dziennikarką, wspólpracuje z TV-Wrocław, ARD, WDR, Deutsche Welle-tv, Gazetą Wyborczą, Dialogiem.

Aktualności

Reportaże i filmy dokumentalne
Zapraszamy do prezentacji najnowszych pozycji filmowych.



Więcej informacji >>


 

 
Teresa Kudyba
tel. 602 374 494
e-mail: teresa@kudyba.pl
Witryna wykorzystuje ciasteczka (ang. cookies) w celach sesyjnych oraz statystycznych.
Więcej informacji w polityce prywatności.
 Realizacja: new4mat.com Sp. z o.o.
ADMINISTRACJA n4CMS